Witam,
z zamiarem napisania tego posta noszę się już od roku, bo chciałem poczekać na to czy rzeczywiście uda mi się wyjść z zapalenia prostaty. No i udało się, bo od roku jestem bez żadnych leków a objawy mogę spokojnie kontrolować, choć oczywiście gdy odczuwam jakiś dyskomfort w okolicy prostaty, to zawsze jakiś niepokój się pojawia, że wszystko zacznie się od początku.
Zapalenie pojawiło mi się w 2015 po dość ostrej infekcji, którą poniekąd zignorowałem, bo zamiast siedzieć w domu pojechałem na regaty. Dodatkowo będąc na jachcie z wysoką gorączką nie mogłem się odlać i pęcherz mi nabiło do granic wytrzymałości i bólu (nigdy wcześniej nie chciało mi się lać aż tak bardzo) co prawdopodobnie spowodowało jakiś uraz mechaniczny pęcherza.
Na początku odczuwałem lekkie pieczenie przy odlewaniu się (lipiec). Czulem je w głebi cweki. Znów to olałem, więc po czasie zacząłem odczuwać swędzenie i pieczenie na końcu f***a. Zacząłem to smarować jakimiś maściami, oczywiście bezskutecznie. Do urologa poszedłem w końcu września i koleś mnie tak przestraszył, że się omal w gacie nie zesrałem. Powiedział mi, że to przewlekłe zapalenie prostaty, że ludzie z tym mają tendencje samobójcze, tracą rodziny i pracę, bo to tak boli, że się żyć nie da. W sumie to miał rację, bo były momenty gdy siedziałem na spotkaniach w pracy i nie wiedziałem o czym jest rozmowa tak mnie bolało. Opisując ludziom co czułem mówiłem, że uczucie jest jak by Ci ktoś rozgrzany nóż wbijał w dupę... Ten lekarz dał mi Xyvelam 500 na 7 dni i powiedział, że jak mi to pomoże, to super, a jak nie to mam się przygotować na dość istotne pogorszenie jakości życia, bo tego gówna się nie da ani wyleczyć, ani zaleczyć...
Po tygodniu nic mi nie przeszło, dalej mnie piekło i swędziało. Poszedłem do kolejnego urologa, ten dał mi Biseptol 1x dziennie na 3 tyg i powiedział, że mi życzy, żebyśmy się nie widzieli wcześniej niż wiosną (a był to początek października). Nic mi to nie pomogło, natomiast pojawił się mega mocy ból, który odbierał mi miejscami możliwość trzeźwego myślenia. Pomagały mi objawowo ciepłe kąpiele, ale raczej jako złagodzenie bólu niż na jego ustąpienie.
Już w tym momencie zacząłem się interesować chorobą sam, czytając dużo w internecie, ale nie tylko fora ale również publikacje naukowe dotyczące możliwości terapeutycznych. Okazało się, że pomimo ogólnie panującego przeświadczenia, że CPPS (czyli zapalenie prostaty w angielskim skrócie) da się z mniejszym lub większym powodzeniem wy/za-leczyć. Badania pokazują, że z bólem związane jest używanie kilku substancji: alkoholu, cukru, kofeiny i teiny. Na początku nie miałem wystarczająco dużo motywacji, żeby odstawić wszystko. Zacząłem od alkoholu i cukru, bo kawy nie wyobrażałem sobie odstawić. Efekt był raczej mierny.
W listopadzie poszedłem do lekarki specjalizującej się w medycynie chińskiej. Powiedziała mi, że mam tzw. wilgoć i że muszę zmienić radykalnie dietę i zacząć pić zioła, żeby tę wilgoć usunąć. Zabrzmiało to trochę jak jakieś głupoty, ale po zastanowieniu się stwierdziłem, że nic mi nie szkodzi spróbować, bo cała Azja się tak leczy a średnie długości życia mają wyższe niż my kochający medycynę współczesną. W odstawkę poszły wszystkie rzeczy surowe (warzywa i owoce), wszystkie rodzaje mięsa poza kaczką. Zacząłem jeść tylko zupy i dania na parze (żadnego smażenia) na każdy posiłek. Do tego 2x dziennie zioła moczopędne ze zwykłego sklepu zielarskiego (chyba łącznie mieszanka 14 ziół) - w smaku obrzydliwe. Do tego piłem wierzbownice.
W międzyczasie ciągle jadłem antybiotyki, głównie biseptol. Zainteresowałem się nimi sam, i znalazłem w opracowaniach naukowych, że leki typu biseptol czy cipro to się podaje na masę ciała, więc dawka 1x dziennie jest kompletnie bez sensu i przy tej dolegliwości nie zadziała na 100%. Dodatkowo przeczytałem, że najlepszą penetrację do prostaty ma Cipropol. Mam możliwość kupowania leków jakie tylko sobie wymyślę (ze względu na zawód), więc zmieniłem biseptol na cipro w dawce 2x dziennie. Dodatkowo włączyłem alfa-bloker Omnic Ocas, bo wyczytałem że ma dużą skuteczność w leczeniu CCPS.
Robiłem sobie notatki dotyczące nasilenia bólu i stwierdziłem, że ten zestaw ziołowo-antybiotykowo-alfablokerowy mi pomaga i choć minimalna - to jednak jest odczuwalna poprawa. Dodatkowo zacząłem ćwiczyć elementy jogi, które pozwalają na rozciąganie mięśni miednicy mniejszej. Czyli w skrócie cały zestaw terapeutyczny w tamtej chwili (grudzień 2015) to: 2x dziennie Cipro 500, 2x dziennie omnic ocas, 2x dziennie zioła moczopędne, zero: kofeiny, alkoholu, cukru, surowego. Z końcem grudnia udałem się do Bydgoszczy do prof. Wolskiego, który głównie potwierdził, że kierunek który sam obrałem w leczeniu jest słuszny. Czego nie potwierdził, to jak długo należy brać taki zestaw leków i ziół. Powiedział mi że max 9 tygodni, ale ja brałem do ustąpienia objawów - o czym dalej. Dołączył mi tylko leki na prostatę Prostamol Uno.
Kolejne publikacje, które przyswoiłem sugerowały, że masaż prostaty pomaga, bo można wycisnąć z niej to g****, które powoduje uczucie bólu. Zaopatrzyłem się więc w oliwkę dla dzieci i rękawiczki lateksowe i zacząłem się uczyć wyczuwać prostatę i ją masować. Dość akrobatyczny to wygibas, ale da radę. Siedząc na brzegu wanny da się to spokojnie zrobić. Masowałem prostatę 3x dziennie. Dodatkowo zacząłem chodzić w bieliźnie termicznej nakładanej na majtki. Chodzę w niej do dziś, jeśli temperatury są niższe niż 18C. (krótkie spodenki termiczne)
Chcę również wspomnieć, że przeczytałem, iż generalnie penetracja leków do prostaty jest dość marna. Wymyśliłem, że zacznę uskuteczniać intensywny wysiłek tuż po zażyciu Cipro, żeby zwiększyć tętno i przepływ krwi, a tym samym pentrację leku do gruczołu. Po wieczornej dawce Cipro przebierałem się w ciuszki sportowe i ruszałem na miasto biegiem pokonując około 10 km w dość żwawym tempie. Zaznaczam, że biegałem od dawna i tylko zwiększyłem dawkę ruchu. Sport pomagał mi też w sprawach psychicznych.
Czyli w lutym całość terapii to: antybiotyk, alfabloker, zioła, dieta, 0 używek w tym kawy i herbaty, masaż prostaty i dużo ruchu (5x w tyg po 10km po zażyciu antybiotyku). Dlaczego jadłem tak długo Cipro, pomimo tego, iż nie jest wskazane przyjmowanie takich dawek tych leków? Ponieważ cipro ma również właściwości przeciwzapalne, a ja leczyłem przecież zapalenie... Wiedza ta dostępna jest każdemu, wystarczy znajomość angielskiego i tego jak posługiwać się bazą publikacji naukowych PubMed. Oczywiści jadłem tony leków osłonowych, które kontynuowałem długo po odstawieniu antybioksów. Antybiotyki przyjmuje się długo np w boreliozie, więc nie jest to tylko taka moja fanaberia.
Paliłem też raz w tygodniu marihuanę, bo uśmierza ból, poprawia humor i rozluźnia mięśnie. Możecie się śmiać, ale uważam, że właściwości konopii również przyczyniły się do mojego sukcesu. Zauważyłem, że natężenie bólu w niedzielę rano (jarałem w soboty, bo nie mogę sobie zawodowo pozwolić na zaśmiecanie głowy używkami, a co by nie mówić po trawie występuje dość ostre zmulenie na drugi dzień) jest zdecydowanie mniejsze niż w inne poranki tygodnia.
Taką terapię prowadziłem do połowy czerwca 2016. Objawy praktycznie mi wtedy ustąpiły, na mecz Polska-Belgia wypiłem nawet pierwszego w 2016 browara. Tego dnia odstawiłem leki (Cipro i omnic). Odczekałem kilka tygodni w dużym napięciu, ale nic się nie pogorszyło. Potem przestałem tyle biegać, dopiłem do końca magazyny z ziołami i porzuciłem jogę. Po czasie wróciłem też do dawnej diety opartej głównie na surowych owocach i warzywach.
Od tego czasu sporadycznie pojawiają się u mnie dawne objawy, ale w nieporównywalnie mniejszym nasileniu. Czasem mnie coś zakłuje lub poszczypie, głównie po piciu kawy lub alkoholu przez kilka dni z rzędu. Jak sobie z tym radzę? Oliwka i palec w dupę, pomasować i wycisnąć trochę białej substancji z prostaty. Zwykle na drugi dzień mam już spokój, czasem potrzeba 2-3 dni by wszystko wróciło co całkowitej normy. W sumie to nauczyłem się miejsca gdzie należy masować. Mam większą prawą stronę prostaty i bardziej rozpulchnioną i tam też masuję.
Da się więc temat ogarnąć, ale wymaga to dużego samozaparcia i radykalnej zmiany stylu życia by wyeliminować (przynajmniej czasowo) czynniki, które drażnią prostatę. Leki, zioła, dieta, ćwiczenia rozciągające trzeba jeść/wykonywać codziennie + dogrzewanie dupska bielizną termiczną. Ja od roku mam 99,9% spokoju, oczywiście - niepokoi mnie każde pojawienie się tych sporadycznych dolegliwości, ale zwykle sobie z nimi szybko radzę opisaną metodą.
Z konsekwencji długoterminowego przyjmowania anybiotyków, to miałem pogorszone 2 markery wątrobowe (żelazo i bilirubinę). Po 2 miesiącach sam się unormowało. Czy było warto - nie wiem, chyba tak, bo dupsko mnie już nie boli i żyję jak żyłem wcześniej, tylko dużo mniej piję alkoholu i prawie wcale nie piję kawy.
Gdyby ktoś miał pytania to piszcie.
Pozdrawiam i zdrowia życzę.
Zmieniony przez - gaju3 w dniu 12/06/2017 12:58:58
z zamiarem napisania tego posta noszę się już od roku, bo chciałem poczekać na to czy rzeczywiście uda mi się wyjść z zapalenia prostaty. No i udało się, bo od roku jestem bez żadnych leków a objawy mogę spokojnie kontrolować, choć oczywiście gdy odczuwam jakiś dyskomfort w okolicy prostaty, to zawsze jakiś niepokój się pojawia, że wszystko zacznie się od początku.
Zapalenie pojawiło mi się w 2015 po dość ostrej infekcji, którą poniekąd zignorowałem, bo zamiast siedzieć w domu pojechałem na regaty. Dodatkowo będąc na jachcie z wysoką gorączką nie mogłem się odlać i pęcherz mi nabiło do granic wytrzymałości i bólu (nigdy wcześniej nie chciało mi się lać aż tak bardzo) co prawdopodobnie spowodowało jakiś uraz mechaniczny pęcherza.
Na początku odczuwałem lekkie pieczenie przy odlewaniu się (lipiec). Czulem je w głebi cweki. Znów to olałem, więc po czasie zacząłem odczuwać swędzenie i pieczenie na końcu f***a. Zacząłem to smarować jakimiś maściami, oczywiście bezskutecznie. Do urologa poszedłem w końcu września i koleś mnie tak przestraszył, że się omal w gacie nie zesrałem. Powiedział mi, że to przewlekłe zapalenie prostaty, że ludzie z tym mają tendencje samobójcze, tracą rodziny i pracę, bo to tak boli, że się żyć nie da. W sumie to miał rację, bo były momenty gdy siedziałem na spotkaniach w pracy i nie wiedziałem o czym jest rozmowa tak mnie bolało. Opisując ludziom co czułem mówiłem, że uczucie jest jak by Ci ktoś rozgrzany nóż wbijał w dupę... Ten lekarz dał mi Xyvelam 500 na 7 dni i powiedział, że jak mi to pomoże, to super, a jak nie to mam się przygotować na dość istotne pogorszenie jakości życia, bo tego gówna się nie da ani wyleczyć, ani zaleczyć...
Po tygodniu nic mi nie przeszło, dalej mnie piekło i swędziało. Poszedłem do kolejnego urologa, ten dał mi Biseptol 1x dziennie na 3 tyg i powiedział, że mi życzy, żebyśmy się nie widzieli wcześniej niż wiosną (a był to początek października). Nic mi to nie pomogło, natomiast pojawił się mega mocy ból, który odbierał mi miejscami możliwość trzeźwego myślenia. Pomagały mi objawowo ciepłe kąpiele, ale raczej jako złagodzenie bólu niż na jego ustąpienie.
Już w tym momencie zacząłem się interesować chorobą sam, czytając dużo w internecie, ale nie tylko fora ale również publikacje naukowe dotyczące możliwości terapeutycznych. Okazało się, że pomimo ogólnie panującego przeświadczenia, że CPPS (czyli zapalenie prostaty w angielskim skrócie) da się z mniejszym lub większym powodzeniem wy/za-leczyć. Badania pokazują, że z bólem związane jest używanie kilku substancji: alkoholu, cukru, kofeiny i teiny. Na początku nie miałem wystarczająco dużo motywacji, żeby odstawić wszystko. Zacząłem od alkoholu i cukru, bo kawy nie wyobrażałem sobie odstawić. Efekt był raczej mierny.
W listopadzie poszedłem do lekarki specjalizującej się w medycynie chińskiej. Powiedziała mi, że mam tzw. wilgoć i że muszę zmienić radykalnie dietę i zacząć pić zioła, żeby tę wilgoć usunąć. Zabrzmiało to trochę jak jakieś głupoty, ale po zastanowieniu się stwierdziłem, że nic mi nie szkodzi spróbować, bo cała Azja się tak leczy a średnie długości życia mają wyższe niż my kochający medycynę współczesną. W odstawkę poszły wszystkie rzeczy surowe (warzywa i owoce), wszystkie rodzaje mięsa poza kaczką. Zacząłem jeść tylko zupy i dania na parze (żadnego smażenia) na każdy posiłek. Do tego 2x dziennie zioła moczopędne ze zwykłego sklepu zielarskiego (chyba łącznie mieszanka 14 ziół) - w smaku obrzydliwe. Do tego piłem wierzbownice.
W międzyczasie ciągle jadłem antybiotyki, głównie biseptol. Zainteresowałem się nimi sam, i znalazłem w opracowaniach naukowych, że leki typu biseptol czy cipro to się podaje na masę ciała, więc dawka 1x dziennie jest kompletnie bez sensu i przy tej dolegliwości nie zadziała na 100%. Dodatkowo przeczytałem, że najlepszą penetrację do prostaty ma Cipropol. Mam możliwość kupowania leków jakie tylko sobie wymyślę (ze względu na zawód), więc zmieniłem biseptol na cipro w dawce 2x dziennie. Dodatkowo włączyłem alfa-bloker Omnic Ocas, bo wyczytałem że ma dużą skuteczność w leczeniu CCPS.
Robiłem sobie notatki dotyczące nasilenia bólu i stwierdziłem, że ten zestaw ziołowo-antybiotykowo-alfablokerowy mi pomaga i choć minimalna - to jednak jest odczuwalna poprawa. Dodatkowo zacząłem ćwiczyć elementy jogi, które pozwalają na rozciąganie mięśni miednicy mniejszej. Czyli w skrócie cały zestaw terapeutyczny w tamtej chwili (grudzień 2015) to: 2x dziennie Cipro 500, 2x dziennie omnic ocas, 2x dziennie zioła moczopędne, zero: kofeiny, alkoholu, cukru, surowego. Z końcem grudnia udałem się do Bydgoszczy do prof. Wolskiego, który głównie potwierdził, że kierunek który sam obrałem w leczeniu jest słuszny. Czego nie potwierdził, to jak długo należy brać taki zestaw leków i ziół. Powiedział mi że max 9 tygodni, ale ja brałem do ustąpienia objawów - o czym dalej. Dołączył mi tylko leki na prostatę Prostamol Uno.
Kolejne publikacje, które przyswoiłem sugerowały, że masaż prostaty pomaga, bo można wycisnąć z niej to g****, które powoduje uczucie bólu. Zaopatrzyłem się więc w oliwkę dla dzieci i rękawiczki lateksowe i zacząłem się uczyć wyczuwać prostatę i ją masować. Dość akrobatyczny to wygibas, ale da radę. Siedząc na brzegu wanny da się to spokojnie zrobić. Masowałem prostatę 3x dziennie. Dodatkowo zacząłem chodzić w bieliźnie termicznej nakładanej na majtki. Chodzę w niej do dziś, jeśli temperatury są niższe niż 18C. (krótkie spodenki termiczne)
Chcę również wspomnieć, że przeczytałem, iż generalnie penetracja leków do prostaty jest dość marna. Wymyśliłem, że zacznę uskuteczniać intensywny wysiłek tuż po zażyciu Cipro, żeby zwiększyć tętno i przepływ krwi, a tym samym pentrację leku do gruczołu. Po wieczornej dawce Cipro przebierałem się w ciuszki sportowe i ruszałem na miasto biegiem pokonując około 10 km w dość żwawym tempie. Zaznaczam, że biegałem od dawna i tylko zwiększyłem dawkę ruchu. Sport pomagał mi też w sprawach psychicznych.
Czyli w lutym całość terapii to: antybiotyk, alfabloker, zioła, dieta, 0 używek w tym kawy i herbaty, masaż prostaty i dużo ruchu (5x w tyg po 10km po zażyciu antybiotyku). Dlaczego jadłem tak długo Cipro, pomimo tego, iż nie jest wskazane przyjmowanie takich dawek tych leków? Ponieważ cipro ma również właściwości przeciwzapalne, a ja leczyłem przecież zapalenie... Wiedza ta dostępna jest każdemu, wystarczy znajomość angielskiego i tego jak posługiwać się bazą publikacji naukowych PubMed. Oczywiści jadłem tony leków osłonowych, które kontynuowałem długo po odstawieniu antybioksów. Antybiotyki przyjmuje się długo np w boreliozie, więc nie jest to tylko taka moja fanaberia.
Paliłem też raz w tygodniu marihuanę, bo uśmierza ból, poprawia humor i rozluźnia mięśnie. Możecie się śmiać, ale uważam, że właściwości konopii również przyczyniły się do mojego sukcesu. Zauważyłem, że natężenie bólu w niedzielę rano (jarałem w soboty, bo nie mogę sobie zawodowo pozwolić na zaśmiecanie głowy używkami, a co by nie mówić po trawie występuje dość ostre zmulenie na drugi dzień) jest zdecydowanie mniejsze niż w inne poranki tygodnia.
Taką terapię prowadziłem do połowy czerwca 2016. Objawy praktycznie mi wtedy ustąpiły, na mecz Polska-Belgia wypiłem nawet pierwszego w 2016 browara. Tego dnia odstawiłem leki (Cipro i omnic). Odczekałem kilka tygodni w dużym napięciu, ale nic się nie pogorszyło. Potem przestałem tyle biegać, dopiłem do końca magazyny z ziołami i porzuciłem jogę. Po czasie wróciłem też do dawnej diety opartej głównie na surowych owocach i warzywach.
Od tego czasu sporadycznie pojawiają się u mnie dawne objawy, ale w nieporównywalnie mniejszym nasileniu. Czasem mnie coś zakłuje lub poszczypie, głównie po piciu kawy lub alkoholu przez kilka dni z rzędu. Jak sobie z tym radzę? Oliwka i palec w dupę, pomasować i wycisnąć trochę białej substancji z prostaty. Zwykle na drugi dzień mam już spokój, czasem potrzeba 2-3 dni by wszystko wróciło co całkowitej normy. W sumie to nauczyłem się miejsca gdzie należy masować. Mam większą prawą stronę prostaty i bardziej rozpulchnioną i tam też masuję.
Da się więc temat ogarnąć, ale wymaga to dużego samozaparcia i radykalnej zmiany stylu życia by wyeliminować (przynajmniej czasowo) czynniki, które drażnią prostatę. Leki, zioła, dieta, ćwiczenia rozciągające trzeba jeść/wykonywać codziennie + dogrzewanie dupska bielizną termiczną. Ja od roku mam 99,9% spokoju, oczywiście - niepokoi mnie każde pojawienie się tych sporadycznych dolegliwości, ale zwykle sobie z nimi szybko radzę opisaną metodą.
Z konsekwencji długoterminowego przyjmowania anybiotyków, to miałem pogorszone 2 markery wątrobowe (żelazo i bilirubinę). Po 2 miesiącach sam się unormowało. Czy było warto - nie wiem, chyba tak, bo dupsko mnie już nie boli i żyję jak żyłem wcześniej, tylko dużo mniej piję alkoholu i prawie wcale nie piję kawy.
Gdyby ktoś miał pytania to piszcie.
Pozdrawiam i zdrowia życzę.
Zmieniony przez - gaju3 w dniu 12/06/2017 12:58:58
1